CZY BAĆ SIĘ GMO?


Czy tego chcemy – czy nie, rozrost populacji świata wymusza na naukowcach poszukiwania coraz skuteczniejszych sposobów wytwarzania żywności i pasz. Po starożytnych i średniowiecznych rewolucjach w zakresie rolnictwa, produkcja żywnościowa wkroczyła do laboratorium i przyniosła nam żywność genomodyfikowaną – rośliny, których DNA zmodyfikowano tak, by w szybki sposób uzyskać to, co niegdyś wymagało dziesiątek lat selekcji – wysokowydajne, odporne rośliny, które można łatwo uprawiać i zbierać, a jednocześnie wymagają mniej zabiegów wokół uprawy. Jednakże fakt, że pochodzą one z szalki Petriego a nie z mozolnej pracy rolniczej, że są własnością międzynarodowych firm, i że zawierają w sobie wiele nowych cech, które naturalnie niemalże nie maja szans pojawić się w roślinie wzbudza wiele kontrowersji.

Czy słusznie? W początkach istnienia GMO na rynku jednym z podstawowych zarzutów skierowanych do takich wyrobów była rzekoma zdolność obcych genów do wpływania na genom człowieka. Zarzut ten można było szybko podważyć na podstawie dwóch stwierdzeń – po pierwsze spożywamy do 0,5 g DNA dziennie, z różnych źródeł, a nie da się zauważyć, by jedzenie brokułów powodowało zmiany w naszym wyglądzie. Po drugie, DNA – jakkolwiek stabilne – na poziomie naszego żołądka szybko ulega degradacji i rozkładowi do prostszych związków.

Kolejny zarzut dotyczył toksyczności roślin GMO. Wynikało to z faktu, iż kukurydza MON 810 posiada wbudowany gen chroniący przed żerowaniem na niej owada – omacnicy prosowianki. Zarzut był prosty – skoro owad nie żeruje, to znaczy że kukurydza mu szkodzi. A skoro szkodzi owadowi, to może i człowiekowi. Większość z nas zapomniała o prostej lekcji – różne zwierzęta maja różną biochemię. Uwielbiana przez człowieka czekolada może zabić psa. To samo dotyczy innych związków, które często można selektywnie dobrać pod kątem toksyczności gatunkowej.

Trzeci – i chyba najbardziej dominujący problem dla społeczności – to fakt, ze w przypadku roślin GMO producenci zakazują własnoręcznego produkowania materiału siewnego – musi on być corocznie zakupiony od producenta. Działanie to ma dwa cele – ochronę własności intelektualnej i przemysłowej firmy, a także zapobieganie pojawieniu się nieplanowanych krzyżówek organizmu GMO z roślinami dzikimi, które mogłoby doprowadzić do ekspansji organizmu modyfikowanego do środowiska. Fakt, tradycyjne uprawy zazwyczaj pozostawiały część produkcji na zasiew, jednakże w tym wypadku działanie firm produkujących GMO jest uzasadnione.

Ostatnią rzeczą, jaką warto tutaj wspomnieć jest stosowanie modnego ostatnio oznaczenia „bez GMO” na żywności. Producenci szafują nim na lewo i prawo, nakładając je na produkty, w których nawet przy potężnym zapleczu badawczym nie da się wykryć zmienionego DNA – a nawet jakiegokolwiek DNA, gdyż go tam nie ma. Olej spożywczy rafinowany, napoje alkoholowe, napoje gazowane – to miejsca gdzie taka etykieta nie ma racji bytu.

Gdzie wiec leży problem z GMO? Najpewniej jest to takie „jajko Kolumba” – udało się jednej – dwóm firmom, a teraz wszyscy by chcieli, jednak nie maja możliwości ze względu na ochronę patentową. Dlatego wzniecany jest sztuczny bunt wobec produktów GMO, zapominając, ze od wieków spożywamy produkty, których nie stworzyła natura – banany bez pestek, truskawki, czy piękne, złociste kolby kukurydzy. Tylko te rośliny otrzymano metodami klasycznej selekcji a nie w laboratorium.