Czy jesteśmy skazani na węgiel?


Tegoroczny szczyt klimatyczny pechowo zbiegł się z deklaracjami władz o utrzymaniu węgla jako podstawy polskiej energetyki co najmniej przez 50 lat. Dołączając do tego informacje o planowanym wycofaniu się z wiatrowej energetyki lądowej można było odnieść wrażenie, że decyzje te nie zostały do końca przemyślane. Pojawia się zatem pytanie – jeśli nie węgiel to co? Czy jesteśmy skazani na „czarne złoto”?

Nie są to pytania, na które mamy ambicję odpowiedzieć w tym krótkim tekście. Chodzi nam bardziej o odniesienie się do pewnych informacji o rzekomym środowiskowym bezpieczeństwie węgla, która ostatnio pojawia się w mediach społecznościowych. Chodzi o następujący zestaw informacji:

„Oceany zawierają 37400 miliardów ton (Gt) węgla, biomasa lądowa 2000-3000 Gt. Atmosfera zawiera 720 miliardów ton CO2, a ludzie dostarczają tylko 6 Gt. Oceany, lądy i atmosfera ciągle wymieniają CO2, więc dodatkowy wkład człowieka jest niesłychanie mały. Mała zmiana w równowadze między oceanami i powietrzem spowodowałaby dużo poważniejszy wzrost niż wszystko, co my możemy zrobić.”

Liczby te robią wrażenie – człowiek i jego emisje stają się ułamkiem procenta całego CO2, więc czym się martwić? Otóż nie. CO2 emitowany w przyrodzie (z oceanów i roślinności) równoważy naturalne pochłanianie (także przez oceany i roślinność). Tak więc ludzkie emisje zakłócają naturalną równowagę, podnosząc poziom CO2 do wielkości niespotykanej od przynajmniej 800 000 lat. W rzeczywistości ludzie emitują 26 Gt w ciągu roku, a ilość w atmosferze rośnie tylko o 15 Gt na rok – duża część ludzkich emisji jest pochłaniana przez naturę. 6 Gt to ilość, jaka pozostaje po tym, jak natura usunie co mogła z atmosfery.

Setki razy zetknęliśmy się też z osobami, od zwykłych ludzi po decydentów, argumentujących, że wulkany (a nawet pojedynczy wulkan) emitują dużo więcej dwutlenku węgla niż my. Tymczasem użycie w dyskusji o zmianie klimatu argumentu o emisjach wulkanicznych świadczy o tym, że nie ma się wiedzy o czym mówi, choć czasem na dowód wiarygodności przytaczane są konkretne liczby. Skąd wziął się mit o wulkanach i przytaczane dane? To bardzo ciekawa historia. Zaczęła się ona od zupełnie poważnego artykułu sejsmologa Davida Johnstona, opublikowanego w lipcu 1980 roku w czasopiśmie Science (Johnston, 1980). Artykuł nie dotyczył jednak emisji CO2 lecz… chloru. W kolejnych dekadach pojawiły się mity o wysokich emisjach tlenków siarki przy erupcjach (wybuch Góry Świętej Heleny, ówczesny prezydent Ronald Raegan deklarował, iż „Jedna mała położona gdzieś tam góra, w ostatnich kilku miesiącach wyzwoliła do atmosfery więcej tlenku siarki, niż samochody i inne takie rzeczy przez ostatnią dekadę.” W rzeczywistości, o ile wulkan wyemitował około 2 × 106 ton SO2, to roczne emisje z samochodów wynosiły 30 x 10 ton (a w ciągu dekady 10-krotnie więcej). W 2004 r. konserwatywny komentator Jude Wannski dokonał kolejnego przeinaczenia:

„…książka, którą napisała [Dixy Lee Ray], Trashing the Planet, obala szereg mitów o środowisku. Zawarła w niej m.in. następującą informację: ‘Wybuch Mt. St. Helens w 1980 roku wyrzucił do atmosfery więcej gazów cieplarnianych niż ludzkość od początku epoki przemysłowej.’ Wulkany wybuchają od milionów lat. Jeśli rzeczywiście wpływałoby to na klimat, to czy nie myślicie, że stałoby się to już wcześniej?”

Poprzez drobne przeinaczenia pojawił się mit, będący aktualnie pożywką dla zwolenników węgla. Prawda jednak jest taka, że korzystanie z paliw kopalnych i spalanie ich co najmniej od 50 lat jest przestarzałe – i jest to teza, która powinna wpływać już teraz na nasze globalne myślenie o źródłach i efektywności energii.