PLASTIKOWY PROBLEM PRZEMYSŁU KOSMETYCZNEGO


Nowo pojawiające się wymogi unijne dotyczące zmian stosowanych w przemyśle i wyrobach konsumenckich plastików na produkty biodegradowalne szczególnie boleśnie uderza w przemysł kosmetyczny. O ile przy produktach spożywczych, które znajdują się w kontakcie z opakowaniem stosunkowo krótko, możliwe jest stosowanie biodegradowalnych alternatyw, o tyle w kosmetykach, które często przebywają w warunkach wysokiej wilgotności i podwyższonej temperatury, stojąc na naszych półkach łazienkowych, zastosowanie typowych tworzyw biodegradowalnych jest trudne, bądź wręcz niemożliwe. Kolejny kłopot to fakt, że specyficzna forma tworzyw sztucznych – tak zwane mikroplastiki – stosowana jest jako składniki złuszczające w niektórych kosmetykach, a w lakierach i pudrach także znajdziemy brokat wykonywany z płatków polietylenu.

Problem tworzyw sztucznych nie jest problemem świeżym – o przeładowaniu środowiska tymi materiałami mowa jest od lat 80-tych, zaś od połowy lat 90-tych widzimy stopniowe odchodzenie – przynajmniej w niektórych branżach – od klasycznych plastików. Ostatnie 3 lata przyniosły m.in. Dyrektywę Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2015/720 z dnia 29 kwietnia 2015 r. zmieniającą dyrektywę 94/62/WE w odniesieniu do zmniejszenia zużycia lekkich plastikowych toreb na zakupy, ale także wytyczne organizacji ponadnarodowych – zajmujących się środowiskiem i branżowych – np. Europejskiej Agencji Chemikaliów (ECHA). Tworzywa sztuczne, szczególnie te trudne do wyeliminowania, są coraz częściej omawiane w wytycznych, dyrektywach czy sugestiach.

Kłopot z tworzywami sztucznymi polega przede wszystkim na naszym przywiązaniu do nich. Już od początku swojej historii – od czasu poszukiwań materiału, który mógłby zastąpić kość słoniową jako surowiec do produkcji kul bilardowych – tworzywa sztuczne były produkowane niejako „na żądanie”, jako odpowiedź na specyficzne, poszukiwane potrzeby mechaniczne, termiczne czy elektryczne, których nie spełniały materiały naturalne, bądź też materiały te miały ograniczoną dostępność. Łatwość formowania w dowolne kształty także zwiększała atrakcyjność takich materiałów sztucznych. Od chwili powstania pierwszych tworzyw nikt nie zastanawiał się nad ich wpływem na środowisko, które z coraz większym oporem przyjmowało rosnące ilości nie ulegających biodegradacji odpadów.

Przemysł kosmetyczny zużywa gigantyczne ilości tworzyw sztucznych. Szacuje się, że same szczoteczki do zębów to około 250 tysięcy ton odpadów plastikowych rocznie – a te wyroby wymieniamy średnio co 3 miesiące. Liczba ta wzrośnie setki razy, kiedy doliczymy wszelkie plastikowe wyroby, maszynki do golenia, słoiki na kremy, gąbki do demakijażu… Mikroplastiki to jeszcze większy kłopot – te drobiny są często tak małe, że niemal niemożliwe do usunięcia ze ścieków i po przejściu przez systemy oczyszczania, lądują w rzekach, jeziorach, a ostatecznie w morzach. Pewne szacunki – może nieco ekstremalne, ale publikowane – mówią, że przy obecnym tempie w roku 2050 w morzach będzie więcej plastiku niż ryb…

Co zrobić z takim problemem? Przemysł spożywczy rozwiązał temat torebek jednorazowych, zmieniając surowiec: z celofanu przestawiły się na polilaktyd. W przemyśle kosmetycznym jest to o wiele trudniejsze. Kremy, pasty, żele, szampony stanowią dużo bardziej agresywne materiały niż żywność, a opakowanie musi wytrzymać średnio 3 do 12 miesięcy takiego kontaktu. Może obszar ten wymaga głębszej pracy – stworzenia nowych materiałów semisyntetycznych, pochodnych naturalnych substancji, które przez kilkanaście miesięcy będą w stanie oprzeć się agresywności kosmetyków i niekorzystnym warunkom mikrobiologicznym w naszych łazienkach? W tej chwili nie bardzo widać alternatywy dla dotychczasowych rozwiązań.

My, jako konsumenci, powinniśmy z kolei rozpatrzyć zakup kosmetyków pakowanych w szkło i metal, tj. w surowce, które można łatwo poddać recyklingowi lub ponownemu użyciu. Koszt może będzie nieznacznie większy, ale cena, którą zapłaci środowisko będzie o wiele niższa niż w przypadku plastików.