Wołowinowe problemy


Początek roku wstrząsnął polskim rynkiem żywnościowym – było to skutkiem medialnego dochodzenia dotyczącego wykrycia w jednej z ubojni faktu uboju i rozbioru chorego bydła. Sytuacja ta doprowadziła do unijnej kontroli i ogólnoeuropejskiego strachu przed produktami z wołowiny z Polski. Główny lekarz weterynarii Paweł Niemczuk musiał tłumaczyć się w Brukseli. Wyjaśnienia składała też polska ambasador w Czechach. Wszystko to miało miejsce po reportażu „Chore bydło kupię” wyemitowanym przez TVN w programie Superwizjer. Rzeźnia pod Ostrowią Mazowiecką nielegalnie skupowała tzw. leżaki, czyli chore, najczęściej kontuzjowane bydło, zaś później sprzedawano ich niezbadane przez weterynarza mięso. Mięso z nielegalnego uboju krów trafiło do 14 krajów Unii Europejskiej. Resorty rolnictwa wielu krajów ostrzegały – i nadal to robią – swoich rodaków przed polską wołowiną. Oprócz Polski mięso z nielegalnego uboju trafiło do: Czech, Estonii, Finlandii, Francji, Węgier, Litwy, Łotwy, Portugalii, Rumunii, Hiszpanii, Szwecji, Niemiec i Słowacji.  Kontrole doprowadziły w wielu państwach do wycofania polskiej wołowiny z obrotu i jej utylizacji.

W sumie z nielegalnego uboju pochodziło ok. 9,5 tony mięsa, z czego 2,7 tony sprzedano za granicę. Główny lekarz weterynarii zapewnił, że mięso na półkach w sklepach w Polsce jest bezpieczne, co gwarantuje nadzór Inspekcji Weterynaryjnej oraz Inspekcji Sanitarnej.

Prawda jest taka, że wykorzystanie do uboju zwierząt chorych i padłych nie jest kwestią nową – szczególnie w przypadku wołowiny, która na całym świecie jest uznawana za mięso drogie. Warto przypomnieć aferę z 2007 roku, gdzie w amerykańskiej firmie Hallmark/Westland Meat Packing Company udowodniono ubój krów niezdolnych do samodzielnego stania. Z kolei w październiku 2018 roku aferę zbliżoną do tego, z czym mielismy do czynienia w Polsce wykryto w Niemczech. Warto też pamiętać, że w samej Polsce nie jest to sprawa nowa – już w 2008 roku wypłynęły do mediów zdjęcia z handlu „leżakami” w Bodzentynie.

Zatem skoro proces jest znany i stosowany od lat – to gdzie jest problem? Nie jest on – wbrew pozorom – związany z faktem, że zwierzęta nie mogą stać o własnych siłach. Współcześnie hodowane krowy są wykorzystywane ponad miarę – szczególnie rasy mleczne i mleczno-mięsne. Niektórzy mówią, że mają one „datę przydatności do spożycia” – po 5 latach zwierzęta te są bezgranicznie wycieńczone i nadają się tylko na ubój i do utylizacji. Problemem jest fakt braku kontroli weterynaryjnej tak przyjętych do rzeźni zwierząt. Zgodnie z Rozporządzeniem Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi z dnia 11 września 2002 r. w sprawie sposobu badania zwierząt rzeźnych i mięsa tych zwierząt oraz mięsa zwierząt łownych, zwierzęta rzeźne poddaje się badaniu przedubojowemu w ciągu 24 godzin po przybyciu do rzeźni, nie później jednak niż na 24 godziny przed ubojem. W przypadku polskiej afery – takiej kontroli zdrowia i stanu zwierzęcia nie było.

Ludzkość od zarania dziejów tworzyła systemy mające zapobiegać takim sytuacjom – dwa najstarsze systemy zapewnienia jakości żywności – tzn. żydowskie reguły koszerności i muzułmański halal – kładą szczególny nacisk na ubój zwierząt i dokładną kontrolę mięsa. Dlatego tym bardziej dziwi próba przemycenia na rynek mięsa niepewnego – co gorsza mięsa, które wielu ludzi uznaje za luksusowe.

Niestety, afera ta odbiła się mocno na rynku. Przez kilka tygodni restauracje i sklepy miały problem z zakupem wołowiny, co do której mogły być pewne, a wielu konsumentów zrezygnowało całkowicie z zakupu mięsa krów, przestawiając się na – niegdyś opisywany – drób, a także na wieprzowinę. Może się okazać, że przez głupotę i chęć zysku jednej firmy cierpieć będzie cały rynek mięsny.